Przychodzi taki czas, że wyjście rano z łóżka staje
się ogromnym wyzwaniem, któremu trudno podołać. Nic nie ma sensu, rzeczywistość
traci kolory i staje się przytłaczająca. Brakuje radości, nie ma siły, żeby się
uśmiechnąć, żeby za coś komuś podziękować, żeby w ogóle zauważyć czyjeś
starania. Racjonalne myślenie idzie w odstawkę. Takie sytuacje zdarzają się częściej
lub rzadziej, zazdroszczę komuś, kto nie musiał takiej beznadziei w życiu
doświadczyć, chociaż nie wiem, czy ktoś taki na tym świecie jest.
To niestety także modlitewne pustkowie, które nieraz
zamienia się w arenę walki z Bogiem. Dlaczego taki jesteś? Po co mi to
wszystko? Dlaczego nic z tym nie zrobisz? Skoro jesteś taki dobry i tak bardzo
ci na mnie zależy, to zrób coś wreszcie! Jak możesz spokojnie patrzeć na moje
cierpienie? Nie widzisz, że się męczę? Błagam Cię o pomoc i uzdrowienie, dlaczego
nie słyszysz? Kiedy spisałam te pytania, którymi nieraz zdarzało mi się Boga bombardować,
i kiedy teraz na nie patrzę, myślę sobie, że to dla Niego też nie jest łatwy
czas. Bo chyba nie jest fajnie być Bogiem, z którego robię tyrana?
Najgorzej jest wtedy, gdy ten beznadziejny stan
pojawia się w momencie, w którym spodziewam się czegoś dobrego. Na przykład
okres Bożego Narodzenia – nie ma nic piękniejszego, prawda? Chciałoby się
Jezusa przytulić, no bo przecież się na Niego czeka, myśli się o Nim, tęskni i
ciągle mówi, że chce się Go mieć w swoim życiu. A tu – niespodzianka! Zamiast
kochanego Jezusa, przychodzącego z pocieszeniem i dobrym słowem, pojawia się
smutek i rozpacz.
Co z tym zrobić?
W ciągu ostatnich sześciu lat przerabiałam to na
sobie co najmniej kilkanaście razy. Z każdym kolejnym jest inaczej, czasami
trochę łatwiej, czasami niestety bardzo ciężko. Spędziłam noce na rozpaczliwym
błaganiu Boga, żeby zabrał ode mnie to cierpienie, żeby go do mnie nie
dopuszczał, bo zwariuję. Potrafiłam też krzyczeć i wygarniać Mu, że jest
beznadziejny, że ma mnie gdzieś, że nie chcę takiego Boga, który nie spełnia
swoich obietnic. Zazwyczaj pomagało, ale tylko na chwilę.
Dziś usiadłam w ławce w kościele i zaczęłam pogrążać
się w tym, co mnie trapi. Odpowiedź na moje pytanie: dlaczego mi to robisz? była
prosta, bardzo konkretna i trafiła w samo serce i sam środek cierpienia: „Przecież
ja ci tego nie zrobiłem…”
Trudno się z takim stwierdzeniem pogodzić, kiedy
oczekuje się od Boga rozwiązania (najlepiej natychmiastowego) wszystkich
problemów. Ale najlepszym lekarstwem na tę pustkę jest uświadomienie sobie, że
Bóg jest Dobry i że dobra w moim życiu jest znacznie więcej niż zła, które w
tym momencie zdaje się obejmować swoimi ramionami cały wszechświat. Sukcesem
szatana nie jest to, że cierpię, ale to, że okradam Boga z tego, Kim jest, że
pozwalam na zbudowanie w sobie obrazu Boga, który daje mi coś złego.
Co zrobić, żeby było dobrze? Podziękować Bogu za to,
że jest Dobry i za to, co dobrego mnie spotkało. Uwielbiać Go w każdej chwili.
To strasznie trudne, ale naprawdę możliwe i…skuteczne. Wraca pokój serca,
znajdzie się miejsce nawet na odrobinę radości i uśmiech i na drugiego
człowieka.
Bóg nie zawsze może mnie uzdrowić wtedy, kiedy tego
chcę. Kiedy wołam do Niego z dna rozpaczy, zazwyczaj nie potrafię się od niej
odciąć i całkowicie Mu jej oddać. Kiedy trzyma mnie w swoich szponach, jestem
zbyt blisko niej, żeby się jej pozbyć. Boga ogranicza moja słabość i
przylgnięcie do tego, co trudne i złe. Ale Jego Dobroć może zburzyć ten mur. A
potem przychodzi czas na uleczenie.