niedziela, 29 grudnia 2013

Ja ci tego nie zrobiłem...



Przychodzi taki czas, że wyjście rano z łóżka staje się ogromnym wyzwaniem, któremu trudno podołać. Nic nie ma sensu, rzeczywistość traci kolory i staje się przytłaczająca. Brakuje radości, nie ma siły, żeby się uśmiechnąć, żeby za coś komuś podziękować, żeby w ogóle zauważyć czyjeś starania. Racjonalne myślenie idzie w odstawkę. Takie sytuacje zdarzają się częściej lub rzadziej, zazdroszczę komuś, kto nie musiał takiej beznadziei w życiu doświadczyć, chociaż nie wiem, czy ktoś taki na tym świecie jest.

To niestety także modlitewne pustkowie, które nieraz zamienia się w arenę walki z Bogiem. Dlaczego taki jesteś? Po co mi to wszystko? Dlaczego nic z tym nie zrobisz? Skoro jesteś taki dobry i tak bardzo ci na mnie zależy, to zrób coś wreszcie! Jak możesz spokojnie patrzeć na moje cierpienie? Nie widzisz, że się męczę? Błagam Cię o pomoc i uzdrowienie, dlaczego nie słyszysz? Kiedy spisałam te pytania, którymi nieraz zdarzało mi się Boga bombardować, i kiedy teraz na nie patrzę, myślę sobie, że to dla Niego też nie jest łatwy czas. Bo chyba nie jest fajnie być Bogiem, z którego robię tyrana?

Najgorzej jest wtedy, gdy ten beznadziejny stan pojawia się w momencie, w którym spodziewam się czegoś dobrego. Na przykład okres Bożego Narodzenia – nie ma nic piękniejszego, prawda? Chciałoby się Jezusa przytulić, no bo przecież się na Niego czeka, myśli się o Nim, tęskni i ciągle mówi, że chce się Go mieć w swoim życiu. A tu – niespodzianka! Zamiast kochanego Jezusa, przychodzącego z pocieszeniem i dobrym słowem, pojawia się smutek i rozpacz.

Co z tym zrobić?

W ciągu ostatnich sześciu lat przerabiałam to na sobie co najmniej kilkanaście razy. Z każdym kolejnym jest inaczej, czasami trochę łatwiej, czasami niestety bardzo ciężko. Spędziłam noce na rozpaczliwym błaganiu Boga, żeby zabrał ode mnie to cierpienie, żeby go do mnie nie dopuszczał, bo zwariuję. Potrafiłam też krzyczeć i wygarniać Mu, że jest beznadziejny, że ma mnie gdzieś, że nie chcę takiego Boga, który nie spełnia swoich obietnic. Zazwyczaj pomagało, ale tylko na chwilę.

Dziś usiadłam w ławce w kościele i zaczęłam pogrążać się w tym, co mnie trapi. Odpowiedź na moje pytanie: dlaczego mi to robisz? była prosta, bardzo konkretna i trafiła w samo serce i sam środek cierpienia: „Przecież ja ci tego nie zrobiłem…”

Trudno się z takim stwierdzeniem pogodzić, kiedy oczekuje się od Boga rozwiązania (najlepiej natychmiastowego) wszystkich problemów. Ale najlepszym lekarstwem na tę pustkę jest uświadomienie sobie, że Bóg jest Dobry i że dobra w moim życiu jest znacznie więcej niż zła, które w tym momencie zdaje się obejmować swoimi ramionami cały wszechświat. Sukcesem szatana nie jest to, że cierpię, ale to, że okradam Boga z tego, Kim jest, że pozwalam na zbudowanie w sobie obrazu Boga, który daje mi coś złego.

Co zrobić, żeby było dobrze? Podziękować Bogu za to, że jest Dobry i za to, co dobrego mnie spotkało. Uwielbiać Go w każdej chwili. To strasznie trudne, ale naprawdę możliwe i…skuteczne. Wraca pokój serca, znajdzie się miejsce nawet na odrobinę radości i uśmiech i na drugiego człowieka.

Bóg nie zawsze może mnie uzdrowić wtedy, kiedy tego chcę. Kiedy wołam do Niego z dna rozpaczy, zazwyczaj nie potrafię się od niej odciąć i całkowicie Mu jej oddać. Kiedy trzyma mnie w swoich szponach, jestem zbyt blisko niej, żeby się jej pozbyć. Boga ogranicza moja słabość i przylgnięcie do tego, co trudne i złe. Ale Jego Dobroć może zburzyć ten mur. A potem przychodzi czas na uleczenie.