czwartek, 21 marca 2013

Panie, nie mam człowieka


Było święto żydowskie i Jezus udał się do Jerozolimy.
W Jerozolimie zaś znajduje się Sadzawka Owcza, nazwana po hebrajsku Betesda, zaopatrzona w pięć krużganków. Wśród nich leżało mnóstwo chorych: niewidomych, chromych, sparaliżowanych.
Znajdował się tam pewien człowiek, który już od lat trzydziestu ośmiu cierpiał na swoją chorobę. Gdy Jezus ujrzał go leżącego i poznał, że czeka już długi czas, rzekł do niego: „Czy chcesz stać się zdrowym?”
Odpowiedział Mu chory: „Panie, nie mam człowieka, aby mnie wprowadził do sadzawki, gdy nastąpi poruszenie wody. Gdy ja sam już dochodzę, inny schodzi przede mną”.
Rzekł do niego Jezus: „Wstań, weź swoje łoże i chodź”. Natychmiast wyzdrowiał ów człowiek, wziął swoje łoże i chodził.
Jednakże dnia tego był szabat. Rzekli więc Żydzi do uzdrowionego: „Dziś jest szabat, nie wolno ci nieść twojego łoża”.
On im odpowiedział: „Ten, który mnie uzdrowił, rzekł do mnie: Weź swoje łoże i chodź”. Pytali go więc: „Cóż to za człowiek ci powiedział: Weź i chodź?” Lecz uzdrowiony nie wiedział, kim On jest; albowiem Jezus odsunął się od tłumu, który był w tym miejscu.
Potem Jezus znalazł go w świątyni i rzeki do niego: „Oto wyzdrowiałeś. Nie grzesz już więcej, aby ci się coś gorszego nie przydarzyło”. Człowiek ów odszedł i doniósł Żydom, że to Jezus go uzdrowił. I dlatego Żydzi prześladowali Jezusa, że to uczynił w szabat.

Po raz kolejny Jezus uzdrawia chorego. I po raz kolejny litość, widok cierpienia skłania Go do pomocy człowiekowi. Jak bardzo Jezusowi zależy na każdym człowieku, szczególnie tym chorym, słabym, cierpiącym i pokrzywdzonym. On chce „Kościoła biednego i dla biednych”.
Człowiek, którego uzdrawia Jezus pokłada ufność w czymś przemijającym, czymś ulotnym, w Sadzawce Owczej. Ileż ludzi w dzisiejszych czasach wierzy w „cudownych uzdrowicieli”, bioenergoterapeutów, homeopatię czy astrologię zamiast przyjść w pokorze do Tego, który ma moc prawdziwie uzdrawiać nasze serce, nasza słabości, nasze życie.
Chrystus nic nie robi „na siłę”, wbrew człowiekowi. Zawsze szanuje największy dar jaki człowiek otrzymał od Boga – dar wolności
„Panie, nie mam człowieka”. Samotność zbliża nas do Boga, w ciszy i samotności możemy usłyszeć głos Boga. Często brak akceptacji ze strony środowiska skłania nas do otwarcia się na Boże działanie, na działanie Bożego Ducha. Ten człowiek chory też nie znalazł człowieka, który chciałby mu pomóc, który zaakceptowałby go, ale dzięki temu znalazł Kogoś ważniejszego – samego Boga.
Obok ufnej postawy chorego widzimy także postawę Żydów, którzy poza literą prawa nie widzą nic ważniejszego. „Litera zabija, Duch zaś ożywia”. I wśród nas są legaliści, dla których wypełnienie prawa jest najważniejszym zadaniem, często ważniejszym niż drugi człowiek; którzy „błogosławią kłamliwymi ustami”, którzy doszli już do takiego „rubrykanctwa”, że zabijają w sobie żywą wiarę, wiarę w to, że Jezus Chrystus może działać i działa cuda w naszym życiu. I jeśli tylko będzie chciał, to złamie wszystkie nasze ludzkie przepisy po to, żeby pokazać nam swoją Miłość i Miłosierdzie.
Jezus zadaje każdemu z nas jedno pytanie: „Czy chcesz…?”

poniedziałek, 11 marca 2013

Na Twoje słowo zarzucę sieci...


Zdarzyło się raz, gdy tłum cisnął się do Jezusa, aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret, że zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu, rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy.
Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: «Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów». A Szymon odpowiedział: «Mistrzu, przez całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci». Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na wspólników w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomocą. Ci podpłynęli i napełnili obie łodzie, tak że się prawie zanurzały.
Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: «Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny». I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: «Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił». I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim.

Jezus mówi do Szymona: „Wypłyń na głębię.” Możemy pomyśleć, że Szymon Piotr jest szczęściarzem, bo to właśnie do niego Jezus mówi te słowa, ale gdy przypatrzymy się poprzednim wersom Ewangelii zauważymy, że Piotr pozwolił Jezusowi nauczać ze swej łodzi. Możemy więc wnioskować, że osobiste zwrócenie się Chrystusa do Piotra jest nagrodą, jest konsekwencją otwarcia się apostoła na Mistrza.
„Gdy przestał mówić rzekł do Szymona”. Jezus najpierw zwraca się do tłumu, a dopiero później do Piotra, a ten nie zatrzymuje owoców spotkania z Jezusem tylko dla siebie, dzieli się Nim ze współtowarzyszami. Widzimy zatem, że wiara katolicka jest osobista, ale nie indywidualistyczna.
Najwidoczniej Jezus widział potrzebę szczególnego zwrócenia się do Piotra. Poprzez słowo jakie Chrystus wypowiedział do Szymona („Wypłyń na głębię”) możemy rozumieć, że apostoł bał się bezgranicznego oddania Bogu. Kluczowym momentem jest wypowiedzenie przez Piotra: „Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci.” Wtedy Piotr przyjął wolę Bożą jako swoją, zaufał Mistrzowi jak dziecko, bo przecież po ludzku patrząc niemożliwe było złowienie „tak wielkiego mnóstwa ryb”, bo przecież „całą noc pracowaliśmy i nic nie ułowiliśmy”. Zaufał, bo miał wiarę, wiarę w Boże Słowo.
W czasie tego cudownego połowu Piotr zrozumiał bardzo ważną rzecz: „jestem człowiek grzeszny”. Ta prawda o ludzkiej słabości i oddanie jej Jezusowi potrafi działać cuda, bo „moc bowiem w słabości się doskonali”.
A co było największą przeszkodą dla przyszłego apostoła? Strach, lęk. Dopiero gdy Chrystus mówi: „Nie bój się” on pozostawia wszystko i idzie za Nim.
I dziś Jezus mówi do każdego z nas: „Wypłyń na głębię”, ale do tego potrzebna jest wiara i odwaga.

niedziela, 3 marca 2013

Panie, ratuj, giniemy!


Gdy Jezus wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie.
Nagle zerwała się gwałtowna burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: „Panie, ratuj, giniemy!”
 A On im rzekł: „Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?” Potem wstał, rozkazał wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza.
A ludzie pytali zdumieni: „Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?”
 
Uczniowie poszli za Jezusem i wydawałoby się, że nic złego nie może ich spotkać. „A oto zerwała się wielka burza na jeziorze”. Pójście za Chrystusem, zawierzenie swojego życia Jego miłości nie oznacza braku problemów, cierpienia, słabości czy niepowodzeń. Oznacza tylko umiejętność przeżywania ich z Jezusem, a przez to odbierani każdego z tych doświadczeń jako błogosławieństwo i łaskę.  A czego w zamian oczekuje od nas? Wiary. Tylko wiary, albo aż wiary.
Jezus spał, apostołowie nie zwracali na Niego uwagi. Jezus nie narzuca swojej obecności uczniom ani tym bardziej nam. A po co ta burza? Może po to, aby pokazać, że to nie On potrzebuje nas, ale my potrzebujemy Jego. Apostołowie dopiero w czasie ciężkiej próby zwracają się do Niego, budzą Go, proszą o pomoc.
Ile szczęście maja apostołowie, że Jezus jest z nimi. Ile szczęścia ma każdy z nas, że Jezus jest z nami. W każdej burzy naszego życia możemy zawołać: „Panie, ratuj, giniemy!”, a On jak niegdyś apostołom, dziś także i dla nas uciszy burzę na naszym jeziorze.
I trzeba nam za każdym razem gdy „fale zalewają łódź” naszego życia krzyczeć „Panie, ratuj, giniemy!” z nadzieją, że i dla nas Jezus „zgromi wichry i jezioro”. Warunek jest jeden – ufna wiara. Ale czy wierzę…?