Wszedł
znowu do synagogi. Był tam człowiek, który miał uschłą rękę. A
śledzili Go, czy uzdrowi go w szabat, żeby Go oskarżyć. On zaś
rzekł do człowieka, który miał uschłą rękę: «Stań tu na środku!». A
do nich powiedział: «Co wolno w szabat: uczynić coś dobrego czy coś złego?
Życie ocalić czy zabić?» Lecz oni milczeli. Wtedy spojrzawszy
wkoło po wszystkich z gniewem, zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca,
rzekł do człowieka: «Wyciągnij rękę!». Wyciągnął, i ręka jego stała się znów
zdrowa. A faryzeusze wyszli i ze
zwolennikami Heroda, zaraz odbyli naradę przeciwko Niemu, w jaki
sposób Go zgładzić.
Jezus, po raz kolejny wściekły na faryzeuszy, nie
ukrywa tego, co chce zrobić. Mając świadomość tego, że próbują „znaleźć na
Niego haka”, każe choremu człowiekowi wyjść na środek i uzdrawia go tak, by
wszyscy widzieli. Nie na pokaz, nie po to, by się wypromować i zaprezentować,
ale po to, by zobaczyli i uwierzyli, z Kim mają do czynienia. Jezus daje im konkretne
znaki i jest „zasmucony z powodu zatwardziałości ich serca”, bo nie widzą, że
do ciemności grzechu, przychodzi Światłość.
Mnie zasmuca to, że w moim życiu Jezus też robi
wielkie rzeczy, ale ja tego nie zauważam. Pokazuje, że jest w moim życiu obecny,
ale nie tak, jak ja bym tego chciała. Faryzeusze czekali na Mesjasza. Rzecz w
tym, że kiedy się pojawił, nie udało Mu się spełnić ich oczekiwań. Bo Jezus
wykracza poza ludzkie oczekiwania, jest inny niż się człowiekowi wydaje. Jest
zbyt doskonały, nie boi się prawdy (jest samą Prawdą!), wymaga i – to co dla
mnie najtrudniejsze – ZAWSZE kocha.
Człowiek, który miał uschłą rękę, musiał się dziwnie
czuć, kiedy Jezus kazał mu wyjść na środek. Pewnie się wstydził. A gdyby Jezus
go nie uzdrowił? A co, jeśli zwyczajnie wystawiłby go na pośmiewisko? Człowiek
wykazuje się jednak odwagą, staje na środku i… czeka, aż Jezus skończy
pogadankę z faryzeuszami. Ja bym uciekła. A ten stoi i czeka na swoją kolej.
Uzdrowienie czasami zaczyna się od wstydu: przed Bogiem, przed samym sobą,
przed innymi ludźmi. Nie ma nic przyjemnego w tym, że trzeba uznać swoją
słabość, że trzeba się do niej przyznać. Każdy, kto się spowiada, zna ten stan.
I kiedy już Jezus zwraca się do tego zawstydzonego
człowieka, nie mówi: „uzdrawiam cię”, ale „wyciągnij rękę”. Uschniętą rękę, w
której nie ma życia. We mnie też nie ma życia za każdym razem, kiedy po uszy
siedzę w grzechu. A On i tak każe wstawać, podnosić rękę, oczyszczać serce,
nadstawić ucho.
Bo niezależnie od tego, jak bardzo jestem uschnięta,
zawsze jest we mnie kropla życia, która pochodzi od Niego. A ta nigdy nie
wyschnie.