piątek, 7 marca 2014

Mamy czas?



Nawróćcie się do Mnie całym swym sercem, przez post i płacz, lament. Rozdzierajcie jednak serca wasze, a nie szaty! Nawróćcie się do Pana Boga waszego! On bowiem jest łaskawy, miłosierny, nieskory do gniewu i wielki w łaskawości, a lituje się na widok niedoli. Kto wie? Może znów pożałuje i pozostawi po sobie błogosławieństwo [plonów] na ofiarę z pokarmów i ofiarę płynną dla Pana Boga waszego. Na Syjonie dmijcie w róg, zarządźcie święty post, ogłoście uroczyste zgromadzenie. Zbierzcie lud, zwołajcie świętą społeczność, zgromadźcie starców, zbierzcie dzieci, i ssących piersi! Niech wyjdzie oblubieniec ze swojej komnaty a oblubienica ze swego pokoju! Między przedsionkiem a ołtarzem niechaj płaczą kapłani, słudzy Pańscy! Niech mówią: Przepuść, Panie, ludowi Twojemu i nie daj dziedzictwa swego na pohańbienie, aby poganie nie zapanowali nad nami. Czemuż mówić mają między narodami: Gdzież jest ich Bóg? I Pan zapalił się zazdrosną miłością ku swojej ziemi, i zmiłował się nad swoim ludem. (Jl 2, 12-18)

Wezwanie „nawróć się” powinno towarzyszyć mi każdego dnia, ale przecież kto by chciał się budzić z myślą, że dziś po raz kolejny musi zaczynać od nowa. Lepiej mówić sobie, że nie jest ze mną tak źle, że nawrócenie co prawda nie zaszkodzi, ale nie jest priorytetem. O wiele więcej satysfakcji daje napisanie kolejnego tekstu, który może ktoś przeczyta i może komuś się spodoba, nagranie audycji, w której można próbować czymś zabłysnąć, zaśnięcie wieczorem w 30s po ciężkim dniu przepełnionym pracą. No, a Pan Bóg? Przecież jest, przecież to dla Niego, przecież pracą też się można modlić. A żywa relacja? Na nią przyjdzie czas, spokojnie, każdy musi znaleźć odpowiedni dla siebie moment.

Wielki Post uświadamia mi, że ten moment to właśnie to „teraz”, w którym żyję. Innego nie będzie i nie ma sensu na niego czekać. Są przykazania, jest Pismo Święte, są otwarte kościoły, w których odprawiane są Msze św., są więc narzędzia do tego, by się nawrócić. Obserwując z niepokojem to, co dzieje się na Ukrainie, doświadczam czegoś dziwnego i zarazem niesamowitego. Przychodzi lęk, który odbiera racjonalne myślenie, a wraz z nim zwrot do Boga, no bo kto jak kto, ale w takiej sytuacji On sobie może poradzić. Ale jest też coś innego: obawa, że się nie zdążyło i że braknie czasu na to, żeby Go dobrze poznać, żeby coś zmienić, żeby zrzucić z siebie jakiś balast, żeby nauczyć się mówić „Jezu, ufam Tobie”. Przed oczami stają wszystkie zmarnowane okazje do zrobienia czegoś dobrego, a w sercu czuję duchowego kopniaka, żeby wreszcie coś ze sobą zrobić. I jest jeszcze coś, a to odbieram jako niesamowitą łaskę: takie chwile, w których chce się złapać Pana Boga za nogi, przytrzymać, przyjrzeć się, o coś zapytać, porozmawiać, przytulić, spędzić razem trochę czasu, uświadamiają mi, że On robi to każdego dnia. I często jest odprawiany z kwitkiem.

I na koniec, konkluzja zasłyszanego dziś, dwuminutowego kazania: „Możesz zrezygnować z mięsa i to będzie jakaś forma postu. Ale możesz wyrzec się grzechu i za to nagroda będzie wieczna”.

Panie Jezu, Synu Boga żywego, ulituj się nade mną grzesznikiem.

Brak komentarzy: